Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

Pan d'arancio - Włoska babka pomarańczowa

Pan d’arancio, która to nazwa, o ile się nie mylę po polsku oznacza dosłownie „Chleb pomarańczowy” to typowy sycylijski przepis, niezwykle prosty w przygotowaniu, ale dość  szczególny. Szczególny mianowicie o tyle, że wymaga zblendowania całej pomarańczy… Tak, dobrze czytacie, łącznie ze skórką, a niektórzy blendują nawet łącznie z nasionami!  Oczywiście oznacza to, że musimy poszukać pomarańczy „bio” nie pryskanych ani nie woskowanych. Na szczęście dzisiaj jest to u nas coraz łatwiejsze.

Dzięki takiemu dodatkowi otrzymujemy ciasto wilgotne, cięższe niż klasyczna babka piaskowa, słodkie a jednocześnie wytrawne pomarańczową goryczką. 

Zapewniam, że kiedy poczujecie aromat, rozchodzący się podczas pieczenia, aromat nieporównywalny z żadnymi cukierniczymi syntetykami, zrozumiecie co mnie w tym przepisie zauroczyło. 😘

A tak na marginesie, jako ciekawostkę dodam, że w swojej najbardziej pierwotnej postaci, ciasto to było ciastem… śliwkowym 

A teraz, cóż… Bierzmy się do roboty! 

  • Poziom trudności: łatwe
  • Czas przygotowania: ok 30 minut
  • Czas wykonania: ok. 60 minut

Składniki (na tortownicę 24cm):

  • 1-2 pomarańcze (łącznie ok 300g) koniecznie „bio” – nie mogą być pryskane anie woskowane!
  • 3 jajka
  • 100ml oleju słonecznikowego lub 100g masła (na oleju łatwiej, na maśle smaczniej 😋)
  • 100g mleka
  • 300g cukru
  • 300g mąki
  • 15g proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • opcjonalnie: 60g łezek czekoladowych
  • 1-2 łyżeczki konfitury pomarańczowej do glazurowania

Wykonanie:

  • pomarańcze myjemy, tniemy na kawałki, łącznie ze skórką oraz, jeśli jest taka potrzeba usuwamy nasiona;
  • pokrojone pomarańcze wrzucamy do malaksera i blendujemy na pulpę. Kawałki skórki będą wciąż wyczuwalne;
  • zblendowane pomarańcze łączymy z „mokrymi” składnikami, mieszamy a następnie dodajemy „suche”. Mieszamy do połączenia (bardzo polecam tzw. „mieszadło duńskie” – rewelacyjny wynalazek);
  • ciasto przekładamy do natłuszczonej tortownicy (ale może też być i keksówka) i pieczemy bez termoobiegu w temperaturze 180 stopni, przez 35-40 minut. Uwaga – czas pieczenia trzeba wyczuć. „Test patyczka” akurat w tym przypadku nie jest do końca wiarygodny bo ciasto pozostaje wilgotne.
  • upieczone ciasto odstawiamy do wystudzenia a następnie wierzch smarujemy konfiturą pomarańczową rozrobioną minimalną ilością wody. Alternatywnie możemy użyć lukru (najlepiej pomarańczowego) lub po prostu posypać cukrem pudrem.

Smacznego! 😀

Kiszona kalarepa

Tym razem propozycja bardzo, ale to bardzo odległa od tradycji włoskiej kuchni i wszelakiej pasty, niemniej bardzo ciekawa i smaczna. 

Kiszone warzywa, jak wszyscy doskonale wiemy są w naszej kuchni standardem jednak zazwyczaj ograniczamy się do najbardziej typowych, jak kapusta czy ogórki.

Ja natomiast zaproponuję tym razem kiszoną kalarepę, która nie tylko jest przepyszna ale dzięki temu, że zachowuje jędrność i właściwą sobie teksturę stanowi świetny materiał na wszelakiego rodzaju sałatki.

Wykonanie:

  • Kalarepę lub kalarepy myjemy, obieramy i szatkujemy na mandolinie „na zapałkę”. Jeśli nie posiadamy mandoliny, możemy też ręcznie pokroić ją w możliwie cienkie słupki lub kostkę.
  • Poszatkowaną kalarepę przesypujemy w misce solą, w ilości 18-20g na 1kg warzywa, mieszamy dokładnie, przykrywamy i odstawiamy na 30-40 minut by puściła sok (kalarepa zawiera wystarczającą ilość wody, żeby nie było potrzeby używania do kiszenia solanki).
  • Możemy poprzestać na ukiszeniu samej kalarepy ale można też zastosować wszelakie dodatki, podobnie jak robi się to w przypadku kiszonej kapusty – sam testowałem marchew, żurawinę czy płatki chili. 
  • Po odstaniu, zasoloną kalarepę mieszamy raz jeszcze i mocno wygniatamy tak, by puściła sok.
  • Następnie przekładamy ją do słoików, mocno ubijając i zalewamy do pełna odciśniętym sokiem. Słoiki zamykamy (niezbyt szczelnie, pamiętając że w czasie fermentacji powstające gazy i wyciekający sok muszą znaleźć gdzieś ujście) i odstawiamy w ciemne miejsce w temperaturze pokojowej.

Gotowa do jedzenia po tygodniu.

Smacznego!   😀

Suszona wołowina – Beef jerky

Beef jerky

Propozycja dla lubiących mięsne smaki 😀. Fantastyczna przekąska, nie wymagająca wielkich nakładów pracy. Niezwykle popularna w USA, gdzie w zasadzie każdy dom i każda rodzina ma własny przepis.

Poniżej prezentuję mój ulubiony, oparty na Coca Coli. Słodycz coli i miodu, w połączeniu z delikatnie kwaśną nutą octu ryżowego, przyprawami i naturalnym smakiem umami chudego mięsa daje kombinację, która sprawia że bardzo trudno jest się powstrzymać od sięgania po „jeszcze tylko jeden kawałek”. Spróbujcie koniecznie, bo warto!

Składniki:

  • +/- 800g chudej wołowiny (u mnie ligawa)
  • 250ml Coca Coli (uwaga: NIE używamy tutaj wersji ze słodzikiem)
  • 80ml sosu sojowego
  • 80ml octu ryżowego
  • 60ml miodu
  • 2 łyżki sosu Worcester
  • 1 łyżka soli
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki
  • 1 łyżeczka granulowanej cebuli
  • 1/2 łyżeczki harissy (można też użyć np. chilli lub pieprzu)

Uwaga: tak naprawdę ilość i typ użytych przypraw jest kwestią indywidualnych upodobań. Ja akurat wolę łagodniejszy smak więc daję stosunkowo niewiele ostrych składników. Jeśli ktoś preferuje bardziej pikantne podejście, spokojnie może dać ich znacznie więcej. Warto poeksperymentować.

Wykonanie: 

  • w niewielkim garnku mieszamy colę, sos sojowy, ocet, miód, sos Worcester i sól. 
  • gotujemy na małym ogniu aż zredukuje się mniej więcej o ⅓. 
  • dodajemy pozostałe składniki, mieszamy i odstawiamy do wystygnięcia.
  • mięso oczyszczamy z wszelkiego tłuszczu i kroimy w plastry ok 5mm grubości (znacznie wygodniej się kroi, jeśli wcześniej ją lekko zamrozić). 
  • w zależności od preferencji co do finalnej tekstury kroimy albo wzdłuż albo w poprzek włókien mięśniowych (krojone w poprzek włókien jest bardziej kruche. Krojone wzdłuż, po wysuszeniu daje więcej radości z żucia... 😍)
  • pokrojoną wołowinę zalewamy przestudzoną mieszaniną przypraw i odstawiamy do lodówki na noc (warto przemieszać co jakiś czas).
  • zamarynowane kawałki mięsa osuszamy z grubsza za pomocą papierowych ręczników i suszymy w piekarniku z termoobiegiem (albo jeszcze lepiej przy pomocy suszarki do grzybów) w temp. 50-60 stopni.
  • po ususzeniu warto jest gotowe jerky zamknąć we w miarę szczelnym pojemniku i włożyć na dobę do lodówki dzięki czemu wyrówna się poziom wilgotności wewnątrz mięsa

Beef jerky możemy przechowywać w lodówce nawet przez kilka tygodni choć, prawdę mówiąc nie sądzę, żeby komukolwiek udało się zachować je aż tak długo. Zbyt dobre to jest… 😘


Smacznego! 😀

 


Galuszki – fantastyczne węgierskie kluseczki


Dziś, dla odmiany coś spoza włoskiej kuchni – wciąż jednak, technicznie rzecz biorąc mieszczące się w kategorii pasty. Galuszki, nazywane też: galuska, nokedli, u Niemców Spätzle czy Knöpfle i, jak najbardziej znane też Włochom jako gnocchetti ungheresi. 

Proste, szybkie i fantastycznie dobre wielką ilością, prawie każdego sosu. Stąd też doskonale sprawdzają się jako dodatek do wszelkiego rodzaju mięs duszonych czy pieczonych (u mnie, na przykład trafiły wczoraj na stół w towarzystwie wolnowarzonej karkówki).

Można je jednak, oczywiście serwować także samodzielnie – na przykład podsmażone na oleju czy oliwie i posypane startym, owczym serem.

Wypróbujcie je koniecznie. Warto! 👍


  • Poziom trudności: bardzo łatwe
  • Czas przygotowania: ok 10 minut 
  • Czas wykonania: ok.10 minut

Składniki (na 4 osoby 👱👱👱👱):

  • 400g mąki
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • około 200ml wody, najlepiej gazowanej (ilość orientacyjna bo, w zależności od użytej mąki może się okazać potrzebne dodanie nieco większej ilości wody)

Wykonanie:

  • wszystkie składniki mieszamy w misce, za pomocą widelca czy łyżki, do ich w miarę dokładnego połączenia;
  • wody dodajemy tyle, by całość mała konsystencję pasty – to ciasto jest wyraźnie gęstsze niż takie, którego używamy na lane kluski;
  • staramy się nie mieszać zbyt długo i nie pozwolić już wymieszanemu ciastu czekać – chodzi o to by nie zdążyła się wytworzyć zbyt mocna siatka glutenowa, inaczej nasze galuszki będą gumowate;
  • w międzyczasie zagotowujemy solidny garnek, dobrze osolonej wody i kiedy ciasto jest gotowe, za pomocą specjalnej tarki do klusek (Niemcy nazywają to: Spätzlehobel) przecieramy je do wrzątku w formie małych kluseczek;
  • po wypłynięciu (a wypływają niemal natychmiast) pozwalamy im się gotować minutę lub dwie, odcedzamy i... gotowe!

Smacznego! 😀

P.S. I Na zdjęciu widać tarkę, której ja sam używam. W sklepach AGD i w sieci dostępnych jest wiele, różnych rodzajów takich tarek (można wygooglować: "tarka do klusek"). Generalnie wszystko sprowadza się do kawałka płaskiego materiału z otworami (mniej więcej wielkości grochu) przez które da się przecisnąć ciasto.

P.S.II Przecierając galuszki do garnka, warto pamiętać by nie trzymać tarki nad wrzątkiem zbyt długo. Kiedy rozgrzeje się pod wpływem unoszącej się znad garnka pary, ciasto zacznie zaklejać tarkę, uniemożliwiając pracę. 

Ulubione ciasto na pierogi i uszka


Jako, że świąteczna gorączka już trochę (mam nadzieję) opadła, chciałem się podzielić swoim – jak w tytule, ulubionym przepisem na ciasto pierogowe. Dla czego dopiero teraz? No cóż, pomijając oczywisty dość nawał innych zajęć przed Świętami, nie chciałem też konkurować z nawałem publikowanych w sieci ”najlepszych”, ”jedynych” i ”nigdy więcej-nie-spróbujecie-innego” przepisów.

Bo ten mój niekoniecznie jest jedyny i najlepszy ale dla mnie jest po prostu ulubiony. I już 😀

I, tak naprawdę nawet nie jest mój. Znalazłem go kiedyś, lata temu kiedy zabierałem się pierwszy raz za zrobienie własnych pierogów. I spodobał mi się. I w mojej kuchni został już na stałe.

Spróbujcie kiedyś, w końcu pierogi robi się nie tylko na Wigilię. Może i Wy go polubicie? 😋

Ciasto z tego przepisu wychodzi bardzo gładkie i elastyczne. Kluczem jest sparzenie mąki wrzątkiem, co stosunkowo rzadko spotyka się w podobnych przepisach.

Z podanej ilości składników wychodzi (przynajmniej u mnie) około 80 pierogów.

Składniki:

  • 510g lub 3 szklanki mąki (z polskich – tortowa lub jakakolwiek ”na pierogi”. Preferowana jednak, o ile mamy do takiej dostęp, włoska Farina ”00”) 
  • 250ml lub 1 szklanka wrzącej wody
  • 1 jajko
  • 4,5g lub 3/4 łyżeczki soli 
  • 1 łyżeczka oleju lub oliwy

Wykonanie:

  • mąkę przesiewamy do miski, wsypujemy sól i dodajemy łyżeczkę oleju/oliwy;
  • wlewamy wrzątek (ostrożnie!) i zaczynamy wyrabiać ciasto (najlepiej za pomocą robota);
  • po ok. 1 minucie dodajemy jajko (gdybyśmy zrobili to wcześniej, wrzątek mógłby ściąć białko) i wyrabiamy dalej aż uzyskamy gładkie i jednolite ciasto;
  • wyrobione ciasto zawijamy w folię spożywczą i odkładamy na co najmniej 30 minut by ”odpoczęło” (a, tak naprawdę by zawiązała się porządna siatka glutenowa, która zapewni nam właściwą strukturę ciasta).

I gotowe. Teraz, zostaje już tylko zabrać się za wałkowanie i lepienie pierogów lub uszek. 😀

Uwaga na koniec – gotowe ciasto można mrozić i wykorzystać później. 


Papryka faszerowana mięsem - w stylu włoskim

Peperoni ripieni di carne

Lubicie faszerowaną paprykę? Bo ja bardzo. I zachciało mi się tym razem zrobić ją we włoskim stylu, nadziewaną mięsem ale bez typowego u nas ryżu, za to z dodatkiem sera. I zapieczoną w piekarniku. Brzmi ciekawie? Uwierzcie mi, smakuje jeszcze lepiej, więc nie zastanawiajcie się zbyt długo tylko spróbujcie sami. 😋

  • Poziom trudności: bardzo łatwe
  • Czas przygotowania: ok. 30 minut (wliczając mielenie mięsa) 
  • Czas wykonania: ok. 50 minut


Składniki (na 2-3 osoby 👱👱👱):

  • 4, duże papryki – czerwone i żółte
  • 400 niezbyt chudego mięsa – najlepiej wołowiny lub cielęciny
  • 1 jajko całe + jedno żółtko
  • 100 sera – najlepiej Provolone lub Scamorza ale może być dowolny półtwardy
  • 2-3 kromki czerstwego chleba
  • 1 łyżka kaparów
  • 1 mała cebula
  • Parmezan – do posypania
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa
  • opcjonalnie: świeża bazylia do posypania

Wykonanie:

  • odcinamy górne części papryk, usuwamy ze środka pestki i płuczemy;
  • mięso mielimy, cebulę, odcięte części papryk i kapary drobno siekamy a ser kroimy w niewielką kostkę;
  • czerstwy chleb namaczamy w wodzie lub mleku a kiedy zmięknie starannie odciskamy;
  • wszystkie składniki farszu łączymy, doprawiamy solą i pieprzem do smaku, dodajemy jajko i żółtko i całość wyrabiamy na jednolitą masę;
  • papryki napełniamy farszem, dbając by nie pozostawiać wolnych przestrzeni. Farsz, podczas zapiekania trochę się skurczy więc możemy nakładać „z górką” (acz niewielką);
  • zapiekamy, bez przykrycia w piekarniku przez 45 minut, w 180°C na środkowej półce (z własnego doświadczenia podpowiem, że w roli naczynia do zapiekania świetnie sprawdza się keksówka);
  • po 45 minutach posypujemy papryki tartym parmezanem, przełączamy piekarnik w tryb grillowania - 220°C i zapiekamy jeszcze 5 minut.

Serwujemy natychmiast, gorące i posypane posiekaną bazylią ale można je też jeść i później, na zimno. Są równie dobre i w takiej postaci.

Smacznego! 😃

Pipi e patati czyli kalabryjskie ziemniaki z papryką

Pipi e Patati

Czasami trzeba odpocząć od makaronu. Albo, zwyczajnie ma się ochotę na coś naprawdę ale to naprawdę prostego. I pysznego. Albo ma się niedobory w kuchennych zasobach. Albo, zwyczajnie lubi się smażone ziemniaki.

Nie ważne zresztą jaki tak naprawdę jest powód, Pipi e Patate po prostu warto robić bo pyszne to jest. Z resztą, czy coś co TAK się nazywa może nie być dobre? 😍

To jak? Sięgamy po patelnię?

  • Poziom trudności: BARDZO łatwe
  • Czas przygotowania: około 10 minut
  • Czas wykonania: 20 minut

Składniki (na 2 osoby 👨👨):

  • 8 szt. ziemniaków, średniej wielkości (najlepiej z gatunku przeznaczonego do pieczenia)
  • 2 szt. papryki czerwonej
  • 2 szt. papryki żółtej 
  • 1 czerwona cebula
  • oliwa
  • suszone oregano
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: papryka peperoni lub Harissa

Wykonanie:

  • ziemniaki obieramy, kroimy w ósemki (staramy się by wszystkie były w miarę podobnej wielkości) i płuczemy kilkakrotnie zmieniając wodę (ważne!), tak by możliwie dokładnie pozbyć się skrobi. Uchroni to ziemniaki przed przypalaniem się w trakcie smażenia. Bezpośrednio przed smażeniem dobrze jest je osuszyć za pomocą papierowego lub płóciennego ręcznika;
  • papryki rozcinamy, usuwamy gniazda nasienne, płuczemy i kroimy w grube paski;
  • cebulę obieramy i kroimy w piórka;
  • na głębokiej patelni lub w rondlu rozgrzewamy solidny chlust oliwy (na prawdę, nie żałujemy jej tutaj), wrzucamy osuszone ziemniaki i smażymy na mocnym ogniu, często mieszając, przez ok. 10 minut;
  • dodajemy pokrojone papryki i wciąż mieszając smażymy kolejne 5 minut;
  • dodajemy cebulę, doprawiamy do smaku solą, pieprzem oraz peperoni lub Harissą (jeśli używamy). Do tego posypujemy solidnie oregano i wszystko razem smażymy – znów ok. 5 minut.

Serwujemy natychmiast, gorące prosto z patelni lub później, na zimno. W każdej wersji pyszne. 💪

Smacznego! 😀

Stir fry z makaronem ryżowym i kangurem.



Nie samą włoską pastą żyje człowiek. Czasem warto się wybrać do Azji. Albo na Antypody. Albo w oba te kierunki jednocześnie. Że się tak jednocześnie nie da? No, ja Wam jednak udowodnię, że się da, jak najbardziej. W każdym razie kulinarnie 😎.

Tematem dzisiejszego ćwiczenia będzie zatem jak najbardziej azjatycki makaron ryżowy, z jak najbardziej australijskim kangurem. Bo, wiecie, kangur dobry jest 😋. Nie dość, że smaczny to jeszcze zdrowy. I wyliczmy tu niektóre z jego zalet:

  • niska zawartość tłuszczu - nie więcej niż 2%!
  • zawiera tłuszcze Omega 3;
  • jest źródłem witamin z grupy "B";
  • bogate w minerały, takie jak żelazo czy cynk;
  • a do tego wszystkiego, NIE jest mięsem hodowlanym więc nie trzeba się martwić o obecność antybiotyków czy innych chemicznych dodatków, którymi faszeruje się zwierzaki na fermach.

I jak tu go nie lubić? 😜

To co, gotujemy?

Składniki [na 4 osoby 👦👦👦👦]:

  • 400g fileta lub steka z kangura
  • 100g makaronu ryżowego (szerokie wstążki)
  • 2-3 szalotki
  • 2 główki Bok Choy
  • 100g świeżych grzybów shiitake (można zastąpić dowolnymi innymi, nawet pieczarkami)
  • 2-3cm kawałek imbiru
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 papryczka chilli
  • 2 łyżki sosu ostrygowego
  • 2 łyżki jasnego sosu sojowego
  • 2 łyżeczki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka skrobi kukurydzianej (można zastąpić mąką kartoflaną)
  • pieprz 
  • olej do smażenia w wysokiej temperaturze (np. ryżowy)
  • limonka

Wykonanie:

  • mięso kroimy w cienkie paski, dodajemy skrobię, łyżeczkę oleju i 1 łyżkę sosu sojowego, mieszamy dokładnie i odstawiamy na 15 minut;
  • szalotki obieramy i drobno kroimy; 
  • imbir i czosnek obieramy i bardzo drobno siekamy;
  • chilli rozcinamy, usuwamy ogonek i pestki, drobno kroimy; 
  • grzyby, jeśli trzeba oczyszczamy i kroimy w paski;
  • z bok choy odcinamy nasadę a resztę kroimy w poprzek na 4-5 części;
  • mieszamy razem sos ostrygowy, 1 łyżkę sosu sojowego i cukier - będzie to nasz sos, którym połączymy wszystkie składniki potrawy;
  • limonkę kroimy w ćwiartki lub ósemki;
  • makaron ryżowy zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 5 minut;
  • w woku lub na głębokiej patelni rozgrzewamy solidny chlust oleju - mocno, aż prawie zacznie dymić. Dodajemy mięso i smażymy, ostro mieszając ok. 2 minut. Usmażone mięso przekładamy do miski i odstawiamy na bok;
  • do woka wrzucamy szalotki i podsmażamy, mieszając aż zaczną się rumienić;
  • dodajemy czosnek, imbir i chilli, smażymy ok 30 sekund;
  • dodajemy bok choy i grzyby, smażymy kolejne 30 sekund - oczywiście wciąż mieszając;
  • makaron odcedzamy i wrzucamy do woka. Dodajemy sos i wszystko mieszamy na ogniu.
  • wrzucamy z powrotem mięso, mieszamy raz jeszcze, chwilę podgrzewamy i serwujemy natychmiast dodając kawałki limonki.

Smacznego! 😀

Phin, czyli kawa po wietnamsku.


 Nie samym makaronem żyje człowiek... Dziwnie, bardzo dziwnie się czuję pisząc to ale przecież jest to jak najbardziej prawda. 😋

A skoro mamy to już wyjaśnione, to spieszę się dziś z Wami podzielić moim tegorocznym, kawowym odkryciem: kawą po wietnamsku. 

Czegokolwiek byśmy  jako Polacy nie twierdzili o naszej kuchni i naszej kulinarnej wiedzy, prawda jest taka, że o kawie wciąż wiemy niewiele i znamy się na niej słabo. Nie oszukujmy się w tej materii. Może i mistrz Adam w "Panu Tadeuszu" pisał iż "takiej kawy, jak w Polszcze, nie ma w żadnym kraju" ale przypatrzywszy się kawowym realiom (i dokonawszy organoleptycznych testów) w PL można popaść w wątpliwości czy aby na pewno ów cytat należy interpretować jako komplement 😜 

Z drugiej jednak strony, świadomość własnej niewiedzy jest (przynajmniej dla mnie) świetnym motywatorem dla nauki i poszukiwania wiedzy. I takie właśnie poszukiwanie doprowadziło mnie do Wietnamu i tamtejszego podejścia do serwowania i picia kawy.

I tutaj dygresja mała - nie próbuję sugerować jakobym wielce znał się na kawie. Nie jestem też jej wysublimowanym smakoszem. Opiewane tu i ówdzie mityczne "nuty owocowe / orchidei / jaśminu / whatever" odnajdywane jakoby przez niektórych w "rzemieślniczych" kawach za miliony monet dla mnie są czystą abstrakcją. Hermetyczna terminologia, w rodzaju: "kawa o wysokim, gładkim body" takoż. 

Ja, zwyczajnie dzielę kawę, a raczej: kawy na takie które mi smakują i takie które nie. Tyle, że dzięki poszukiwaniom i pogłębianiu (wciąż, na czysto amatorskim poziomie) wiedzy zbiór tych, które mojemu podniebieniu odpowiadają wciąż się zmienia. I rośnie. I niejednokrotnie coś, co jeszcze parę lat temu uznałbym za doskonałą kawę teraz z trudem przechodzi mi przez gardło za to delektuję się takimi jej odmianami o których istnieniu jeszcze niedawno nie miałem pojęcia. 

I to nas na powrót sprowadza do Wietnamu... 😃 

Zacznijmy może od imponderabiliów - ilu z Was miało świadomość, że Wietnam jest drugim producentem kawy na świecie, po Brazylii? No właśnie 😏 Nie dziwi chyba zatem, że kawa jest tam niezwykle popularna (od XIX stulecia, pierwsze plantacje założyli Francuzi w 1888) a z racji tego, że 97% produkcji stanowi Robusta (Coffea Canephora) - o smaku wyraźnie bardziej gorzkim niż Arabika, wykształcił się też lokalny, specyficzny sposób jej parzenia i serwowania. 

Wietnamczycy mianowicie wymyślili sobie Phin. Prościutki w konstrukcji zaparzacz, który ktoś, kiedyś ładnie zdefiniował jako "dziecko French Pressa i Dripa". I coś w tym jest. Phin, jak już wspomniałem jest niezwykle prosty (i tani - mój kupiłem na Ali za ~5 zł) a jednocześnie pozwala na przygotowanie bardzo, ale to bardzo dobrej kawy.

A ponieważ zaparzona za pomocą Phina Robusta jest mocno gorzka, co nie każdemu musi odpowiadać, Wietnamczycy serwują ją ze... skondensowanym, słodkim mlekiem. Ktoś jeszcze w czasach szkoły podstawowej (czy tylko ja jestem taki stary?) kupował w szkolnym sklepiku skondensowane mleko w tubce i wysysał je na przerwach między lekcjami? No właśnie 😊

Jak zatem przygotowujemy kawę po wietnamsku? 

  1. odmierzamy, w zależności od preferencji 16-20g kawy. Najlepiej wietnamskiej Robusty. Przeciętnie przyjmuje się stosunek wagowy do wody jako 1:12;
  2. mielimy niezbyt drobno przy czym ustalenie odpowiedniej gradacji, jakiej będziemy potrzebować to już sztuka sama w sobie. Wszystko zależy od konkretnego zaparzacza i gatunku kawy. Metodą prób i błędów musimy grubość przemiału dobrać tak by filiżanka kawy zaparzała się w ciągu +/- 5 minut. Rzecz jasna, ma to znaczenie jedynie jeśli dysponujemy w miarę przyzwoitym młynkiem do kawy, pozwalającym na regulację przemiału i gwarantującym jego powtarzalność. Ale to już temat na oddzielny wpis, który może kiedyś popełnię 😏  
  3. zmieloną kawę wsypujemy do Phina i lekko dociskamy wewnętrznym sitkiem;
  4. na dno filiżanki wlewamy skondensowane mleko (na początek sugeruję ok. 20ml);
  5. Phin z kawą stawiamy na filiżance i wlewamy do środka niewielką ilość (tyle tylko, by przykryć wewnętrzne sitko) ciepłej wody. Pozwalamy kawie nasiąknąć i "zakwitnąć" przez ok. 1 minutę;
  6. napełniamy Phin gorącą ale nie wrzącą wodą i przykrywamy pokrywką. Przez 4-5 minut czekamy, kontemplując widok spadających powoli, smoliście czarnych kropli 😀
  7. po zaparzeniu mieszamy kawę z mlekiem i, jeśli mamy na to ochotę dorzucamy kilka kostek lodu. Gotowe!

Smacznego! 😀


 


Szaszłyk z krokodyla z sosem imbirowo-miodowym


Serdecznie witam wszystkich w Nowym Roku. Oby 2021 był lepszy od 2020... No dobra, to nie jest szczególnie wyśrubowane wymaganie 😋

A skoro mamy Nowy Rok to nie wiem jak Wy ale ja miałem ochotę zacząć go z jakimś kulinarnym "przytupem". Z czymś czego nie jada się na co dzień (w każdym razie u nas). No i padło na... krokodyla. A co? Jak szaleć to szaleć 😀

Do dzieła więc. 

Składniki:

  • 400 g filetów z krokodyla;
  • 30 ml soku z limonki;
  • 3 łyżki oliwy;
  • 1 łyżka mąki;
  • 250 ml bulionu (najlepiej drobiowego);
  • 2 łyżki miodu;
  • 30 g cukru trzcinowego;
  • 1 łyżka startego, świeżego imbiru;
  • sól i pieprz do smaku.

Wykonanie:

  • filety z krokodyla pociąć na kawałki ok. 2x2cm;
  • pocięte mięso umieścić w misce, doprawić solą i pieprzem i zalać sokiem z limonki;
  • przykryć i wstawić do lodówki na 1-2h;
  • po wyjęciu z lodówki kawałki mięsa nadziać na patyczki do szaszłyków. Pozostały sok zachować;
  • na patelni rozgrzać oliwę, smażyć szaszłyki przez ok. 5 minut;
  • obrócić i smażyć kolejne 5 minut, uważając by nie przypalić mięsa. Po usmażeniu zestawić z ognia i trzymać w cieple;
  • na patelnię wsypać mąkę i chwilę prażyć na sucho;
  • pomału wlać bulion, mieszając by nie tworzyły się grudki;
  • dodać miód, cukier, imbir i zachowany sok w którym marynowało się mięso,
  • podgrzać do zagotowania, zredukować ogień i gotować ok. 2 minuty do zgęstnienia,
  • szaszłyki serwować ulubionymi dodatkami, polane sosem imbirowym.

Smacznego! 😀

Kurczak pomarańczowy

Kurczak pomarańczowy

Jako, że trzeba czasem odpocząć od makaronu 😉 dziś, dla odmiany coś w stylu orientalnym - fenomenalny w smaku, kurczak pomarańczowy.

Składniki:

  • 650g fileta z kurczaka (lub indyka)
  • 2 łyżki oleju (do smażenia - najlepiej ryżowego)
  • ziarno sezamowe i posiekany, gruby szczypior (do przybrania)

Na marynatę:

  • 1/4 szklanki jasnego sosu sojowego
  • 1/4 szklanki skrobi kukurydzianej (można zastąpić ziemniaczaną)
  • 2 łyżki wody

Na sos pomarańczowy:

  • 3/4 szklanki soku pomarańczowego (na prawdę wskazane by był to sok świeżo wyciśnięty)
  • 2 łyżki ciemnego cukru trzcinowego (dark muscovado)
  • 1 łyżka skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • 1 łyżka jasnego sosu sojowego
  • 1 łyżka sosu hoisin
  • 2 łyżeczki octu ryżowego 
  • 1-2 łyżeczki sosu sriracha (w zależności od preferencji)

Wykonanie:

  • mięso kroimy w kostkę ok. 2,5 x 2,5cm i wkładamy do miski.
  • mieszamy składniki marynaty i zalewamy nią mięso. Marynujemy od 30 minut do 1 godziny, mieszając od czasu do czasu.
  • w międzyczasie mieszamy wszystkie składniki sosu, zwracając uwagę by cały cukier się rozpuścił.
  • na dużej patelni lub w woku rozgrzewamy mocno olej i wrzucamy mięso odsączone z pozostałości marynaty. Smażymy, cały czas mieszając 6-8 minut, aż kawałki mięsa lekko się zezłocą.
  • dodajemy sos pomarańczowy, zmniejszamy ogień i smażymy kolejne 4-5 minut aż sos zgęstnieje. (ponieważ sos jest dość kwaśny, niewskazane jest używanie patelni żeliwnej, o ile nie jest na prawdę dobrze wysezonowana)
  • serwujemy z ryżem lub makaronem, posypując sezamem i siekanym szczypiorem.

Smacznego! 😀 

 

Konfitura z czerwonej cebuli

 

(Marmellata di cipolle rosse)

Konfitura z cebuli nie jest dla mnie czymś nowym. Zdarzało mi się już ją robić, w formie swego rodzaju chutney'a, opartego na occie balsamicznym i, w miarę pikantnego. Z ciekawością zatem podszedłem do znalezionych na włoskich stronach przepisów na ich wersję konfitury. Efekt okazał się być... ciekawy.

Składniki:

  • 1 kg czerwonej cebuli
  • 300 g cukru trzcinowego (Demerara)
  • 1 szklanka białego wina
  • 3 łyżki octu jabłkowego
  • 2 goździki
  • 1 liść laurowy
  • sól - do smaku

Wykonanie:

  • cebulę obieramy i kroimy w piórka.
  • w misce mieszamy ją z pozostałymi składnikami, przykrywamy i macerujemy, minimum 4-5 godzin (można zostawić na noc).
  • przenosimy wszystko do rondla lub głębokiej patelni i dusimy na średnim ogniu, mieszając od czasu do czasu, przez ok. godzinę.
  • jeśli po upływie tego czasu konfitura nadal jest zbyt rzadka, dusimy dalej aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
  • na koniec przekładamy do wyparzonego słoika lub słoików, zamykamy szczelnie i odstawiamy do wystygnięcia.

Konkluzja:

Włoska wersja konfitury z cebuli trochę mnie zaskoczyła. Początkowo wydawała mi się zbyt słodka i pozbawiona charakteru. Jednak w miarę duszenia i postępów karmelizacji na patelni, smak zaczął się zmieniać aż do momentu, kiedy na koniec okazało się, że jednak ma to... coś. 

Będzie świetnym dodatkiem do mięs czy serów. 

Smacznego! 😀

P.S. Zawartość tego słoiczka na zdjęciu, 250 ml pojemności, to jest właśnie to co wyszło z kilograma cebuli ;)